Wniebopogłosy



Aaaaaaaaa!!!!!

Krzyczę! Ja krzyczę! Krzyczę głośno! Krzyczę najgłośniej, jak potrafię! 

Mój głos jest silny. Mój krzyk jest potężny. Niesie się daleko, daleko. Jest słyszalny wszędzie, prawie wszędzie. Mam silny i wyraźny głos. Niekiedy nawet nie potrzebuję mikrofonu i głośnika, aby być słyszalnym.

Lecz tak naprawdę, to wolałbym być niewidoczny i niesłyszalny. Cichy, bezszelestny, milczący ale nie mrukliwy i nie komunikatywny.

Bo przecież taki jestem: delikatny, łagodny, gładki, skromny, potulny, nieco uległy. Przepraszający za to, że jestem.

Nie muszę wcale krzyczeć. Krzyk nie jest mi do niczego potrzebny ani nie podnosi mojej pozycji. Żyjąc jednak tutaj, w tym czasie muszę krzyczeć. Muszę krzyczeć, aby być widocznym i aby tłum mnie nie rozdeptał, gdy w owczym pędzie ruszy przed siebie.

Krzyczę więc. Gdy tylko przestaję i gdy tylko cichnie źródło, to jednocześnie zanika energia mojego dźwięku. Mój krzyk stopniowo traci na intensywności. Jeszcze przez chwilę odbija się od różnych powierzchni, aby zaniknąć aż do niesłyszalności.

I wtedy nastaje złowroga cisza. Cisza, która aż do krwi rani uszy i wrzeszczy wewnątrz mojej głowy. Wrzeszczy wniebogłosy, w niebopogłosy.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Koncert wiejski wg. Tycjana / Georgione

wolno płynąca rzeka

a gdy słów mi braknie